Z wizytą w Pracowni Zeszytów

„Dwie prasy, wielka drukarka, szywnica, gilotyna, złociarka, falcerka, morze narzędzi, rolek materiałów i tona papieru! Teraz już mam dla siebie duży salon z trzema biurkami, szafy, komodę, ale powoli znowu zaczyna się kończyć miejsce”. Dzisiaj zapraszam was na rozmowę z Ireną – właścicielką domowej manufaktury, w której powstają cudowne zeszyty!

Irenę, założycielkę Pracowni Zeszytów poznałam na warszawskich targach mody i designu Mustache. Pasja połączona z ciężką pracą pomogła jej stworzyć domową manufakturę, w której powstają piękne, ręcznie robione zeszyty. Z przyjemnością zaprosiłam ją do mojego cyklu Fabryki od podszewki. Zadałam kilka pytań, które przybliżą wam efekty jej pracy. Odpowiedzi to również dobre wskazówki dla wszystkich tych, którzy chcą wyjść ze swoją twórczością do szerszej publiczności. Uwierzcie mi, że warto!

Jak to się zaczęło?

Zaczęło się od pisania. Od dzieciństwa pisałam mnóstwo pamiętników i wybór każdego nowego zeszytu był niezwykle trudny – jeden w środku miał piękną linię, ale brzydką okładkę, inny miał bajkową oprawę, ale odstraszała szkolna kratka. W końcu postanowiłam uszyć sobie sama taki notes, który spełni moje wszystkie potrzeby. Oczywiście pierwsze egzemplarze były bardzo dalekie od ideału, nie wiedziałam zupełnie nic o materiałach, narzędziach, nie miałam umiejętności. Ale z czasem wychodziło mi to coraz lepiej.

Skąd pomysł na założenie Pracowni Zeszytów?

Po około roku „domowego szycia” moi znajomi namówili mnie do pokazania notesów światu. Odważyłam się to zrobić w wakacje 2015 roku, zakładając fanpage. Nazwa „Pracownia Zeszytów” przyszła mi natychmiast do głowy. Był to bardziej eksperyment, miejsce do wrzucania zdjęć moich pamiętników, albumów, kartek i prac, które robiłam w prezencie przyjaciołom i rodzinie.

Kiedy nastąpił ten moment, w którym pasja stała się biznesem, sposobem na życie?

Bardzo pozytywna reakcja na moje zeszyty przez zupełnie obcych ludzi i ich zainteresowanie personalizowanymi notesami spowodowała, że zaczął kiełkować mi w głowie pomysł na założeniem firmy. Wszystko rozwijało się powoli, ponieważ jednocześnie uczyłam zajęć baletu w szkole podstawowej. Kiedy zainteresowanie ciągle rosło i dostawałam sporo pytań o możliwość zamówienia swojego wymyślonego notesu, postanowiłam zacząć biznes, założyłam stronę internetową, nieustannie szkoliłam warsztat, jeżdżąc na kursy introligatorskie. Zaczęłam realizować zamówienia.

Moja domowa manufaktura to biurko w sypialni i totalny brak miejsca, jak jest u Ciebie? 

Tak samo! Przez pierwsze dwa lata, mieszkając na 17 metrach kwadratowych, musiałam pomieścić (poza życiem i mieszkaniem) całą pracownię, która z miesiąca na miesiąc rosła. Dwie prasy, wielka drukarka, szywnica, gilotyna, złociarka, falcerka, morze narzędzi, rolek materiałów i tona papieru! Teraz już mam dla siebie duży salon z trzema biurkami, szafy, komodę, ale powoli znowu zaczyna się kończyć miejsce. Nie wyobrażam sobie pracy nigdzie indziej niż w domu. Często zaczynam koło 9, a kończę po północy, więc przy pracy siedem dni w tygodniu inaczej by się nie dało!

Co zmieniłabyś w prowadzeniu firmy gdybyś zaczynała teraz od nowa?

Zaczęłabym z cenami, które mam teraz. Nieustannie zaniżam wartość swojej pracy. I być może zaczęłabym z większym impetem. Raczej czekam, aż klienci przyjdą do mnie, nie reklamuję się, nie wysyłam nikomu ofert. Na pewno intensywniejsze działania marketingowe doprowadziłyby mnie szybciej do punktu w którym jestem teraz. Mam też skłonność do ciągłego poprawiania produktów, zanim pójdą na rynek, co przyczynia się do spowolnienia rozwoju firmy.

Gdzie szukasz motywacji do pracy, zdradzisz mi swoją siłę napędową?

Generalnie bardzo lubię swoją pracę i ona sama w sobie jest czynnikiem motywacyjnym, jednak w chwilach zmęczenia lub zniechęcenia po prostu potrzebuję NOWEGO. Inspiracji, pomysłu, idei – może być nią nowy materiał (ostatnio przeżywam renesans płótna introligatorskiego), technika (zakup złociarki! Mogę tłoczyć godzinami!), kreatywny środek (stworzenie plannera, ANTY-Kalendarza). Jeśli coś mnie pociągnie, zachwyci, mogę to wykonywać godzinami, bez zmęczenia.

Czy jest coś co powinny wiedzieć czytelniczki bloga, które marzą o stworzeniu własnej domowej manufaktury, a w przyszłości może i własnych biznesów?

Zaczynając taki biznes, trzeba mieć świadomość, że może on bardzo pochłonąć czasowo. Kiedy – poza samą produkcją – trzeba zajmować się wszystkim innym, od księgowości przez kontakt z klientem po marketing, może się okazać, że pracujemy na dwa etaty. Dlatego nie wystarczy samo „lubienie” swojego hobby, trzeba je naprawdę kochać, żeby za kilka miesięcy nie okazało się, że mamy po prostu dosyć. To musi być przemyślana decyzja. Warto też nie osiadać na tych samych, wykonywanych w kółko projektach, bo rutyna potrafi być naszym największym przeciwnikiem. Przeglądanie internetu, Pinteresta, Instagrama – szukanie nowych wzorów i inspiracji jest bardzo ważne.

W tym zawodzie kluczowa jest też pewność własnego produktu. Że to, co robimy jest wyjątkowe, unikatowe i warte swojej ceny (która nie może być za mała!).

Trzy słowa opisujące Twoją osobę, to?

Optymistyczna, niecierpliwa, zakochana.

Marzysz o…

Wolnym czasie spędzonym na kompletnym leniuchowaniu.

Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję.

 

Zdjęcia: Pracownia Zeszytów

Więcej prac Ireny znajdziecie tutaj (link)

  • Ma Bi

    Podziwiam takie osoby i pozytywnie zazdroszczę – w sensie takim, że ich sukces i radość z robienia tego, co się kocha motywuje mnie do jeszcze cięższej pracy. Może kiedyś uda mi się znaleźć w tym samym punkcie, co Bohaterka 🙂 Podoba mi się też to, co p. Irena powiedziała o cenach. Często widzę zaniżone ceny i złości mnie to, bo myślę sobie: czemu drogie panie tak nisko cenicie swój czas, talent, pomysł…?!?! Dziękuję za inspirujący wpis-wywiad. Pozdrawiam